Analogia do górskiej bazy wypadowej pasuje właściwie do wszystkich bojów, ale opiszę ją na przykładzie treningu BP.
Nie musimy od razu wyobrażać sobie zdobywania K2, gdzie zakłada się kolejne obozy coraz bliżej szczytu, aklimatyzuje organizm i dopiero potem rusza do ataku. Choć przy zawodach to skojarzenie aż samo się narzuca.
Wystarczy zwykła wycieczka w góry.
Załóżmy, że jedziemy w Pieniny i w ciągu kilku dni chcemy wejść na Durbaszkę, Sokolicę i Trzy Korony. Naturalnie szukamy miejsca, które stanie się naszą bazą. Takiego, gdzie zrobimy zakupy, zjemy, prześpimy się i odpoczniemy po powrocie ze szlaku.
Szukamy punktu wygodnego, ale jednocześnie położonego możliwie blisko naszych celów.
W treningu jest podobnie.
Bench press nauczył mnie pewnej relacji ze sztangą — może nawet romantycznej, ale o tym kiedy indziej. Tutaj liczy się coś prostszego: częstotliwość kontaktu.
Chodziło mi o to, żeby sztanga przestała być wydarzeniem.
Żeby każdy trening nie zaczynał się od poczucia wyzwania. Żeby nie być zależnym od spottera podającego sztangę i czuwającego nad tym, czy grind na RPE 11 nie skończy się wspólnym odkładaniem jej na rack.
Żeby każde powtórzenie nie wymagało świadomego myślenia o każdym elemencie: ustawieniu pozycji, przyjęciu sztangi, napięciu, pracy nóg, torze ruchu i lockoucie.
Chciałem, żeby to wszystko stało się zwyczajne.
Zacząłem więc od ciężaru, który dawał mi pełen komfort. Witałem się ze sztangą cztery razy w tygodniu. Dokładałem ciężar niepostrzeżenie. Bez huku. Bez wielkich skoków. Trochę oszukując samego siebie, a trochę ucząc układ nerwowy, że coraz większy ciężar nie oznacza od razu sytuacji alarmowej.
Każdy trening był po prostu kolejnym kontaktem ze sztangą.
Rutyną.
W pewnym momencie 90 kg stało się moją bazą wypadową.
Potem 100 kg.
Potem 110 kg.
Ciężar, który kiedyś oznaczałby ciężkie trójki, z czasem zaczął przypominać poranne smarowanie kanapki masłem.
Zwykła czynność.
Organizm zna ruch. Zna ciężar. Zna napięcie. Nie musi poświęcać tyle uwagi na samo oswojenie sytuacji.
I właśnie tę granicę można przesuwać.
Bo dobra baza wypadowa skraca drogę na szczyt.
Jeśli Twoją bazą jest 100 kg, 120 kg pozostaje wyraźnym celem. Jeśli jednak z czasem przeniesiesz bazę na 105, 110 albo jeszcze wyżej, ten sam szczyt zaczyna leżeć bliżej.
Nie dlatego, że wydarzył się cud.
Nie dlatego, że jednego dnia nagle stałeś się dużo silniejszy.
Po prostu zmieniło się miejsce, z którego zaczynasz.
Jeśli mierzyć zamiary siłą – to warto przesunąć bazę wypadową bliżej celu, wtedy zamiary same rosną